Daniel Petryczkiewicz, autor eseju "Mała historia znikania. Opowieść o Rzece" zabiera nas w podróż do Konstancina-Jeziornej. To tu płynie niewielka rzeka, o czułej nazwie Mała. Ten naturalny ciek wodny przykuł uwagę aktywisty i partyzanta retencyjnego, który na przestrzeni lat obserwuje stopniowe jego znikanie. Osuszanie doliny, inwazyjne regulacje koryta, grodzenie terenu pod inwestycje i dewastacja, to działania człowieka prowadzące do ujarzmienia rzeki i jej natury. Autor na własnej skórze chce poczuć, to co robimy rzekom i istotom, którym daje ona życie. Niczym Tomek Wilmowski (bohater przygodowego cyklu dla młodzieży autorstwa Alfreda Szklarskiego) zapuszcza się w dzikie knieje, brodzi w laminarnym nurcie rzeki, bada stare źródła (także te piśmiennicze), by na nowo odkryć przed światem historię Małej. Opowiada historię miejsca – spokojnej okolicy w rozlewisku małej rzeki, ludzi – osadników, ludności napływowej z Prus i Holandii, współczesnych mieszkańców pobliskich wsi, dla których rzeka była centralnym punktem wakacyjnych spotkań i relaksu. Ale także zwierząt – ryb, ptactwa i owadów, bobrów budujących tamy dające schronie im czy lisom, ale także zapewniające rzece naturalną regulację wysokości jej wód. Daniel Petryczkiewicz nie zapomina również o bogatej roślinności tych terenów – wierzb sadzonych na brzegach ruczaju, które pobierały nadmiar wilgoci czy gatunków inwazyjnych pojawiających się po osuszeniu terenu (nawłoć kanadyjska).
Ta literacka wędrówka wzdłuż ciągle zmieniającego się koryta rzeki, to nie tylko wspólne z Czytelnikiem odkrywanie krajobrazu okolic Warszawy, ale także podróż w głąb historii i relacji człowieka z otaczającą go przyrodą. Jest to opowieść bardzo osobista, w której Autor w formie dziennika dzieli się z nami historią "przemocy" człowieka wobec otaczającej go natury, próbą "zapanowania" nad dzikością. Ale także przestarzałym prawem i archaicznym podejściem do ciągle zmieniającej się natury jako cyklu odnawialnego życia. A wszystko to w otaczającym aktywistę zapachach natury – leśnej woni czy petrichoru (ziemistego zapachu, pojawiającego się po deszczu spadającym na wysuszoną glebę).
@KrytykaPolityczna


