Mikołaj Grynberg to fotograf i reporter, który koncentruje się na tematyce żydowskiej, głównie historii polskich Żydów. To także wnikliwy obserwator codzienności, potrafiący w delikatny i subtelny sposób ukazać czytelnikowi postacie, zdarzenia (nawet te zwykłe) w całkiem innym świetle.
Gdy tylko pojawiała się jego nowa publikacja „Rok, w którym nie umarłem” wiedziałam, że po nią sięgnę. Miałam jednak mieszane uczucia, bo co można nowego odkryć wiedząc, że każdy z nas jest istota śmiertelną?
A jednak sporo.
Autor opowiada nam jakim zaskoczeniem było dla niego odkrycie, że może umrzeć. Ale nie pisze o samym procesie umierania, ale o życiu. O tym co jest w nim ważne i o ludziach, których pozostawimy. Czy będą tęsknić? Czy dadzą sobie radę bez nas? Czy ich świat ulegnie zmianie... na gorsze, lepsze? Co będzie po nas?
Świat się zatrzymał. Dla nas. Zawęził się do szpitalnego łóżka, wizyt rodziny i rozmów z lekarzami. Do czekania. Na badanie. Na wynik. Na ciepłą herbatę... Autor pokazał na swoim przykładzie, jak w takiej sytuacji zostaje się naprawdę samym ze swoimi myślami. I odkrywaniu, co jest dla nas ważne i że warto walczyć o każdy kolejny dzień.
Tylko Mikołaj Grynberg potrafi pisać o śmierci w ten sposób - smutny, refleksyjny a jednocześnie zabawny i zaskakujący. To publikacja, którą warto poznać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz